X


[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W chwili gdy Collin szukałmachinalnie wyjścia, spoglądając na okna i ściany, czterech ludzi ukazało się we drzwiach.Pierwszym był naczelnik policji bezpieczeństwa, trzej inni byli to tak zwani oficerowiepokoju. W imieniu prawa i króla  rzekł jeden z oficerów, którego głos zgłuszyły szmeryzdumienia.Niebawem zapanowało w jadalni milczenie; pensjonarze rozstąpili się, aby przepuścićtrzech ludzi, z których każdy trzymał rękę w bocznej kieszeni na rękojeści nabitego pistoletu.Dwóch żandarmów, którzy wkroczyli za agentami, zajęło drzwi do salonu; dwaj inni ukazalisię w drzwiach prowadzących na schody.Kroki kilku żołnierzy i chrzęst broni rozległy siępod oknami na żwirowanej ścieżce biegnącej wzdłuż domu.Wszelka nadzieja ucieczki zgasła dla Collina, na którego nieodparcie skierowały sięspojrzenia.Szef policji podszedł wprost do niego; zaczął od tego, że uderzył go tak silnie, iżstrącił perukę i odsłonił głowę Collina w całej okropności.Fizjonomia ta i głowa  pokrytaceglastorudymi, krótkimi włosami, które dawały jej straszliwe znamię siły skojarzonej zchytrością  harmonizujące z torsem, zabłysły światłem inteligencji, jak gdyby je rozświetliływszystkie ognie piekła.Każdy zrozumiał całego Vautrina, jego przeszłość, terazniejszość,przyszłość, jego nieubłagane teorie, dogmat własnego zachcenia, królewskość, jaką munadawał cynizm jego myśli, uczynków oraz siła zdolnej do wszystkiego organizacji.Krewwystąpiła mu na twarz, oczy błysły niby u dzikiego kota.Skurczył się w sobie gestem takdzikiej energii, ryknął tak potężnie, iż wydarł okrzyk grozy z piersi pensjonarzy.Na ten ruchlwa agenci, wsparci ogólnym hałasem, chwycili pistolety.Collin zrozumiałniebezpieczeństwo, widząc błyszczące kurki i w jednej chwili dał dowód najwyższej ludzkiejpotęgi.Straszliwe i majestatyczne widowisko! Fizjonomia jego urzeczywistniła fenomen,który można porównać jedynie z kotłem pełnym dymiącej pary, zdolnej podnieść góry, arozpraszającej się w mgnieniu oka pod kroplą zimnej wody.Kroplą wody, która ostudziłajego wściekłość, było zastanowienie się szybkie jak błyskawica.Uśmiechnął się i spojrzał naperukę. Nie jesteś dziś najgrzeczniej usposobiony  rzekł do szefa policji.I podał ręce żandarmom przyzywając ich gestem. Panowie żandarmi, załóżcie mi kajdanki.Biorę obecnych za świadków, że się nieopieram.Rozległ się szmer podziwu, wydarty szybkością, z jaką lawa i ogień buchnęły z tegoludzkiego wulkanu i na powrót się weń cofnęły. To ci wchodzi w paradę, mości hyclu dodał galernik, spoglądając na sławnegonaczelnika policji. Dalej, rozbierać się!  rzekł ów tonem wzgardy. Po co?  rzekł Collin. Są tu damy.Nie zaprzeczam niczemu i poddaję się.Zamilkł na chwilę i spojrzał po zgromadzeniu niby mówca, który gotuje się powiedziećzdumiewające rzeczy. Pisz, papo Lachapelle  rzekł zwracając się do małego siwego staruszka, który usiadł nakońcu stołu i wydobył z teki protokół. Przyznaję, że jestem Jakub Collin, zwany OłżyZmierć, skazany na dwadzieścia lat kajdanów; a dowiodłem właśnie, żem nie skradł swegoprzydomka.Gdybym bodaj podniósł rękę  rzekł do pensjonarzy  ci trzej łapacze bylibyrozlali wszystką moją juszkę na patriarchalną podłogę mamy Vauquer.Te hultaje umiejązastawiać pułapki!Pani Vauquer omal nie zemdlała słysząc te słowa.94  Mój Boże  rzekła do Sylwii  to można się rozchorować; i ja wczoraj jeszcze byłam znim w teatrze! Trochę filozofii, mamusiu  odparł Collin. Czyż to nieszczęście, żeś była wczoraj zemną w loży w Gait�?  wykrzyknął. Czyś ty lepsza od nas? Mniej hańby jest na naszymbarku, niż wy jej macie w sercu, wy, strupieszałe członki zgniłego społeczeństwa: najlepszy zwas nie umiał mi się oprzeć. Oczy Vautrina zatrzymały się na Rastignacu, na któregoskierował miły uśmiech, stanowiący osobliwą sprzeczność z twardym wyrazem jego twarzy. Nasza umowa stoi zawsze, mój aniele, naturalnie, o ile się godzisz! Pamiętasz?Zanucił:Franusia moja jest urocza,Prostoty stroi ją wdzięk. Nie lękaj się o nic  dodał  umiem się upomnieć o swoje wierzytelności.Nadto się mnieboją, aby ktoś śmiał mnie wykiwać!Galery ze swymi obyczajami i mową, ze swymi straszliwymi przejściami od żartu dogrozy, ze swą przerażającą wielkością, rubasznością i spodleniem stanęły nagle jak żywe wtych słowach, w tym człowieku, który nie był już człowiekiem, ale typem całego tegozwyrodniałego plemienia, ludu dzikiego i logicznego, brutalnego a giętkiego.W jednej chwiliCollin stał się piekielnym poematem, w którym wyraziły się wszystkie ludzkie uczucia, zwyjątkiem skruchy.Spojrzenie jego było spojrzeniem upadłego anioła, który wieczniepragnie wojny [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • odbijak.htw.pl